Ulice Laredo, recenzja książki, Larry McMurtry
Powieść „Ulice Laredo” to zwieńczenie historii opowiedzianej w „Na południe od Brazos” (ang. Lonesome Dove). Przeprowadzenie stada bydła do Montany okazało się porażką, która wiele osób kosztowała marzenia, miłość i życie. Słynni Kapelusznicy stali się jedynie wspomnieniem. Kapitan Woodrow F. Call to już staruszek, który niedługo ostatni raz pojedzie ku zachodzącemu słońcu. A jednak sędziwy strażnik pogranicza, teraz łowca nagród, nie da się tak łatwo złożyć do trumny. Podejmuje się zadania, na które ewidentnie jest za stary.
Młokos Joey Garza napada na pociągi i często naciska spust. Ktoś wreszcie musi musi usadzić tego meksykańskiego gnojka. Do tego w okolicy pojawia się jeszcze jeden przeciwnik. Bandyta Mox Mox przemierza amerykańsko-meksykańskie pogranicze niczym jeździec apokalipsy, paląc żywcem wszystkich na swojej drodze. Nie ma litości nawet dla dzieci i psów. Kapitan Call, prawie 70-letni relikt dawnego Dzikiego Zachodu, rusza na ostatnie polowanie.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Ale życie to tylko krawędź ostrza. Każdy prędzej czy później się omsknie i skaleczy.
Larry McMurtry „Ulice Laredo”
Tak jak w powieści „Na południe od Brazos”, w „Ulicach Laredo” żegnamy się z Dzikim Zachodem opiewanym przez popkulturę. Larry McMurtry znów niespiesznie snuje opowieści o „tamtych czasach”. Bez patosu, z wisielczym humorem, sentymentem i tęsknotą. Jest oszczędny w słowach jak starzy kowboje.
Wielu bohaterów tej powieści, m.in. była prostytutka Lorena, nie ukrywa, że chce, aby stare czasy wreszcie ostatecznie przeminęły. Niech mężowie przestaną się już łajdaczyć i zostaną w domu z dziećmi. W polu i przy koniach jest sporo roboty, więc czas skończyć ze szlajaniem się po pustkowiach od burdelu do burdelu.
Przemijająca epoka rzuca coraz krótszy cień, a kapitan Call goni go, by w uchronić się w nim przed blaskiem nowych czasów. Niegdyś bohater i legenda pogranicza, teraz stał się zbędnym zabytkiem. Dla takich jak on najlepsze perfumy to zapach styranego konia, świst kuli to muzyka, a śmiercią to on nitkuje sobie zęby. Tylko po co komu taki odkrywca-zabijaka? Stary Dziki Zachód i era eksploracji dobiegły końca. Nastała era osadnictwa, a o przygodach opowiada się już tylko przy ognisku.
Nowa cywilizacja? Ten świat nadal nie jest czarno biały. Niby wszystko skodyfikowano, opisano i uporządkowano, ale jednak pod szronem, piachem i krwią czasem ciężko dostrzec granice. Stróżów prawa momentami trudno odróżnić od bandytów.
„Nie było w tym żadnej sprawiedliwości, tylko samo życie”.
„Ulice Laredo” są westernem, ale jednocześnie antywesternem. To brutalna dekonstrukcja kowbojskiego mitu. U demiurga McMurtry’ego kowboje, nazywani po prostu pastuchami, nie giną w filmowych pojedynkach rewolwerowców w samo południe jak bogowie westernu przykazali. Odpełzają z plecami nafaszerowanymi śrutem albo smagnięci nożem, by nędznie zdechnąć gdzieś na pustkowiu. Młodzi giną przygnieceni własnymi końmi. Kobiety padają kopnięte przez podkuwanego ogiera albo zhańbione przez szeryfa odbierają sobie życie trutką na szczury.
„Ulice Laredo” to gorzka elegia o schyłku romantycznej epoki, a raczej wielka ucieczka przed jej zmierzchem.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Co obejrzeć po Clayface? Podobne filmy, body horrory, komiksy. Motyw transformacji i utraty tożsamości. Kultowe…
Najbardziej wzruszające książki, które warto przeczytać
Mocne książki (nie tylko horrory), które mogą tobą mocno wstrząsnąć. Ludzie straszniejsi niż potwory?
Clayface jak Joker i Pingwin? Kolejne origin story, które działa lepiej bez Batmana.
Ridley Scott nakręci kontynuację filmów Prometeusz i Obcy: Przymierze.
Musical "Koty" miał walczyć o Oscary. Była to raczej kocia muzyka, a pieniędzy zarobił tyle…
This website uses cookies.