451 stopni Fahrenheita Ray Bradbury, recenzja książki
Guy Montag jest strażakiem. Nie gasi jednak pożarów. On spala. Jego celem jest anihilacja źródła wszelkiego nieszczęścia i zła – książek. To przecież najbardziej zakazane ze wszystkich dóbr. Jadowite, jak choroba, degenerujące społeczeństwo. Cywilizacja nie może sobie pozwolić, by literatura powodowała poruszenie i wzburzenie wśród mniejszości. Gdy ktoś odważy się ukrywać zakazane dobra kultury, Montag wkracza miotaczem ognia. Jakby wypalał ognisko choroby, a książki „tańczą w ogniu jak przypiekane ptaki”. W końcu jednak zaczyna poddaje w wątpliwość narzucony porządek świata i zaczyna potajemnie ukrywać w domu książki. Teraz to one rozpalają w nim płomień, którego w końcu nie będzie mógł ukryć. Okazuje się, że człowiek zapala się szybciej niż papier.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Klasykę skraca się najpierw do piętnastominutowego słuchowiska, potem do dwuminutowej wstawki w audycji o książkach, w końcu do hasła słownikowego na dziesięć, dwanaście linijek. Oczywiście przesadzam, w słownikach były definicje. Nie brakowało jednak ludzi, których cała wiedza na temat Hamleta, ty z pewnością znasz ten tytuł, Montag; pani zaś, pani Montag, najprawdopodobniej kojarzy tylko jakieś jego wątłe echo, cała wiedza, jak powiedziałem, sprowadzała się do jednostronicowego streszczenia pomieszczonego w książce reklamującej się takim oto tekstem: „Teraz możesz w końcu przeczytać całą klasykę i dotrzymać kroku sąsiadom”.”
„451 stopni Fahrenheita” Ray Bradbury
W powieści Raya Bradbury’ego Stany Zjednoczone są potęgą i prowadzą bezmyślną wojnę z całym światem. Co prawda obywatelom zakazano myślenia, zdobywania wiedzy i czytania książek, ale za to system zapewnia wygodne życie, bezpieczeństwo, niepalne domy, rozwiniętą medycynę i technologię. Nie trzeba nawet znać ortografii. Słowo „intelektualista” stało się przecież obelgą, a gloryfikowane jest bycie szczęśliwym i biernym idiotą. Czy jednak ta komfortowa nijakość wystarczy społeczeństwu? Czy wygoda i rozrywka są w stanie stłumić ciekawość i potrzeby duchowe? Czy da się ostatecznie wygasić duszę w człowieku?
Nauka w szkole zostaje ograniczona, dyscyplina siada, nikt nie wykłada filozofii, historii, języków; znajomość angielskiego, także ortografii, jest coraz bardziej zaniedbywana, aż w końcu zupełnie się ją lekceważy. Życie płynie szybko, ważna jest praca, a po pracy wszechobecne, łatwo dostępne przyjemności. Po co uczyć się czegoś poza naciskaniem guzików, przestawianiem przełączników i przykręcaniem śrubek
„451 stopni Fahrenheita” Ray Bradbury
Wizja Bradbury’ego, w której mąż nic nie czuje, gdy umiera żona, jest przerażająca i rozpala gniew. Pisarz przedstawił społeczeństwo, w którym ludzie przestają się o siebie troszczyć, nie rozmawiają ze sobą, a dzieci uważane są już tylko za zbędny ciężar. „Wysmarkaj się w innego człowieka jak w chusteczkę, wrzuć do klozetu i spuść wodę”. Obywatelom wystarczy narzucona z góry rozrywka w postaci bezrefleksyjnego oglądania w domach interaktywnego serialu na ścianowizorach. Akceptują indoktrynację, świat idealny kwitnie… ale jak długo można ukrywać, że pod uśmiechniętymi maskami ludzie zaczynają się rozpadać? Pod zimnymi popiołami człowieczeństwa wciąż tli się jeszcze ogień.
„451 stopni Fahrenheita” (ang. Fahrenheit 451) to dystopijna powieść z 1953 roku. Niestety, okazała się prorocza i jest aktualna do bólu. Bradbury ostrzega przed światem, w którym wszyscy są identycznie wyrzeźbieni przez system, a umiejętność krytycznego myślenia została wytępiona jak ogniska epidemii. Nie stało się to nagle. Latami narastały nastroje antyintelektualne, wtłaczano ludziom do głów „masę niewybuchowych informacji”, a oni czuli się dumni z tej wiedzy, aż w końcu sami zrzekli się człowieczeństwa, stając się posłusznymi pustymi ciałami.
Pisząc „451 stopni Fahrenheita” Ray Bradbury chciał ostrzec przed ogłupiającą telewizją. Przy okazji uderzył też w komiksy i kolorowe czasopisma. Jego powieść wręcz krzyczy „uważaj na masową indoktrynację!”. Nie bawi się w podteksty, aluzje i subtelny przekaz. Bradbury dźga piórem. Metoda momentami toporna, komunikat siermiężny, ale działa. Czy nie jest już jednak za późno na refleksję?
Zamknięci w czterech ścianach, wpatrzeni w ekrany i nałogowo wciskający przyciski, bez interakcji z innymi ludźmi, odbierający tylko krótkie i proste komunikaty – brzmi znajomo? Gdyby Ray Bradbury zobaczył dzisiejszy świat, zapewne byłby przerażony.
Dawno temu, przed Chrystusem, żył taki durny ptak. Feniks. Raz na kilkaset lat budował sobie stos pogrzebowy i się na nim spalał; chyba musiał być bliskim krewnym człowieka.
„451 stopni Fahrenheita” Ray Bradbury
Jeśli jesteś miłośnikiem Huxleya i Orwella, do tego napalonym na klasykę literatury, a do tego poruszył cię film „Equilibrium”, powieść „451 stopni Fahrenheita” rozgrzeje cię do czerwoności. Jeśli lubisz jak parzy, a podczas podróży satysfakcję sprawia ci patrzenie na znaki ostrzegawcze, to książka dla ciebie. Warto przeczytać, zanim wizja Bradbury’ego ziści się w pełni.
CIEKAWOSTKA: Ray Bradbury napisał powieść „451 stopni Fahrenheita” w 9 dni (i jest krótsza niż skład pizzy Książula). W tym celu za 10 dolarów wypożyczył z Uniwersytetu Kalifornijskiego maszynę do pisania.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Cyberpunk 2077 dostanie film aktorski. Deadline ujawnia producenta ekranizacji gry CD Projekt RED
16 października wchodzi do kin film "Pasażer Andrzej Munk" w reżyserii Michała Bielawskiego. Jeśli interesuje…
A co gdyby film "E.T." był krwawym horrorem? Powieść "Haar" to moje książkowe odkrycie roku…
„Lalka” i "Znachor" to za mało? Netflix idzie za ciosem i kręci serial „Noce i…
Nicolas Cage szczerze o Marvelu i MCU
Graham Masterton: najlepsze i najstraszniejsze książki
This website uses cookies.