Na południe od Brazos - Larry McMurtry, recenzja książki, najlepszy western
„Na południe od Brazos” (ang. Lonesome Dove) zaczyna się jak typowa amerykańska mitologia westernu. Spotkasz szeryfa podróżującego, by wymierzyć sprawiedliwość mordercy. Złych Indian i matkujące kurtyzany o złotym sercu. Są też oczywiście dzielni kowboje, dla których świst kul jest jak muzyka, zapach styranego konia to najlepsze perfumy, a śmiercią to oni nitkują sobie zęby. Gdy jednak „Na południe od Brazos” rusza z kopyta, zaczyna dekonstruować hollywoodzkie archetypy. Prosta opowieść o spoconych kowbojach, którzy pędzą krowy przez pustkowia, jadąc od burdelu do burdelu, okazuje się głębokim obrazem przemijającego Dzikiego Zachodu. Przemijają też jego bohaterowie. Augustus „Gus” McCrae i Woodrow F. Call to stare wygi z teksaskiego pogranicza, które wiele bitew, domów rozpusty i wisielców mają za sobą. Niczym żywe pomniki murszeją na zadupiu, żyją wspomnieniami i popijają whisky na ganku. Dogasający bohaterowie decydują się ostatni raz ruszyć na szlak, by jako pierwsi popędzić stado bydła do Montany. Wyprawa zaczyna się jak dobra impreza ze „szturchaniem” ile portfel pozwoli. Będzie można porównywać kto ma dłuższą lufę, pluć sokiem z tytoniu, łajdaczyć się, rzucać lassem i opróżniać beczki berbeluchy. Grupa kowbojów szybko jednak uświadamia sobie, że będzie to mordercza podróż. Destrukcyjna niczym w „Jądrze Ciemności”. Przez bezkresną i bezlitosną prerię, która jest niczym ocean w „Moby Dicku”. Podróż u schyłku romantycznej epoki… a może tak naprawdę to wielka ucieczka przed jej zmierzchem?
Myśmy po prostu przedobrzyli, Woodrow. Wybiliśmy prawie wszystkich ludzi, dzięki którym działo się w tym kraju coś ciekawego
„Na południe od brazos”
W tej wielkiej wyprawie w poszukiwaniu sensu, z Gusem i Callem podróżuje grupa chłopców, którzy patrzą na świat zupełnie inaczej. Mają inne cele, marzenia i lęki. Wciąż jeszcze są niewinni, ale lada moment życie spróbuje zrzucić ich z siodła. O dziwo, więcej trudności, niż np. spętanie byka czy przeprawienie się przez rwącą rzekę Yellowstone, sprawia im zwykłe zagadanie do dziewczyny. Pierwsza wizyta w burdelu to jedna z najtrudniejszych misji w ich życiu. Spojrzymy też na ten świat oczami młodego szeryfa, który wyrusza na poszukiwanie bandyty, ale sytuacja komplikuje się, bo z domu ucieka mu żona. Wszystkich łączy to, że muszą muszą wybierać między uczuciem, a obowiązkiem. Muszą przeżyć. Przez prerię przyjdzie im przewieźć przez prerię naprawdę ciężki bagaż doświadczeń, obaw i marzeń.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Świat w „Na południe od Brazos” jest pełnoprawnym bohaterem powieści. Najczęściej antagonistą, i to jednym z tych pięknych s***ów. Momentami przypomina postapokaliptyczne landszafty z gry „Fallout”. Bezkresna pustka, białe plamy na mapie, sporadyczne mieściny i niebezpieczeństwa za każdym wzgórzem. A do tego po pustkowiu włóczy się mnóstwo szalonych i niebezpiecznych postaci. Jest kobieta lubiąca „robić w ziemi”, jest facet układający stosy z kości bizonów, jest badacz robaków, no i oczywiście mnóstwo koniokradów, szulerów, morderców oraz mięsożernej zwierzyny.
Przemierzając prerię w „Na południe od Brazos” lepiej trzymać palec na spuście. W tym świecie wszystko chce się zabić i najchętniej zjeść. Każdy może ci posłać kulkę lub strzałę, by ukraść ci buty (i nawet majtki), a twoje zwłoki pozostawić sępom i kojotom. Zabójcza jest pogoda, a rzeki porywają nawet najwprawniejszych compañeros. Jeden nieuważny krok, a kopnie cię koń albo ukąsi grzechotnik. Do tego w nocy na skalpy i niewiasty polują Indianie, m.in. legendarny zabijaka Siny Kaczor. W tym świecie ludzie giną hurtowo. I chociaż walczą o przetrwanie, to wydają pogodzeni ze śmiercią. Nauczyli się też bolesnego pragmatyzmu. Samotna kobieta wybiera męża chudego. Szybciej umrze, ale przynajmniej wdowie łatwiej go będzie zataszczyć do grobu i pochować.
Warto dodać, że Larry McMurtry nie ma litości dla swoich bohaterów i bywa okrutny niczym George R.R. Martin. Nikt nie jest bezpieczny. Szlak wyprawy znaczą kolejne groby. Bądź czujny, bo jeszcze nim skończysz się śmiać z kolejnego burdelowego żartu, nagle Larry McMurtry złamie ci i wyrwie serce.
– Myśli pan, że zobaczymy Indian?
„Na południe od brazos”
– No chyba. Mogą nas wybić do nogi jeszcze dziś po południu. Taka właśnie jest dzicz: kryją się w niej rozmaite niebezpieczeństwa i na tym między innymi polega jej urok. Indianie władają tym krajem od wieków. Dla nich jest cenny, bo stary, a nas podnieca, bo taki nowy
„Na południe od Brazos” to wielka narracja ukazująca obraz epoki i kondycję człowieka. Larry McMurtry pamięta jednak, że najważniejsza w westernie jest przygoda. Dlatego, chociaż dzieło liczy ponad 800 stron, czyta się je błyskawicznie. Potoczysta opowieść, pełna ostrego humoru, bez patosu, nie daje się od siebie oderwać. Nie bój się również rozwlekłych opisów przyrody. To zdecydowanie nie jest „Nad Niemnem”. Kowboje u McMurtry’ego są oszczędni w słowach. Wolą robić, niż gadać. Tak samo do pisania podchodzi autor.
Powieść jest tak napisana, że nie czujesz się obserwatorem z zewnątrz. Jesteś w tym świecie, pośród pędzących tabunów koni i spędzanego bydła. Larry McMurtry sprawił, że dosłownie czułem zapach każdego z bohaterów i przywiązałem się do ich wierzchowców. Byłem spragniony, kiedy oni byli. Odpluwałem z nimi piach po wichurze i piekłem się z nimi w skwarze. Czułem strach, zakłopotanie i radość razem z nimi. Uchylałem się, gdy chłopy sobie docinały, nie zawsze w żartach, a słowa świszczały jak naboje. Od lat nie byłem tak bardzo W POWIEŚCI.
– Coś ty powiedziała? – spytał wreszcie.
„Na południe od brazos”
– Powiedziałam, że powinniśmy się pobrać – rzekła Louisa bardzo głośno – Podoba mi się w tobie to, że jesteś taki cichy… Poza tym jesteś chudy. Nawet jeśli niezbyt długo wytrzymasz, łatwo cię będzie pochować. Pochowałam już tylu mężów, że nauczyłam się brać takie sprawy pod uwagę. Co ty na to?
Powieść zamyka świetne posłowie Michała Stanka. Dowiadujemy się m.in. jak Larry McMurtry mocno związany był z Dzikim Zachodem i Teksasem. Okazuje się, że „Na południe od Brazos” to nie zmyślona bajka dużych o chłopcach z pistoletami i lassami. To epika historyczna. W roman à clef McMurtry’ego odnajdziemy liczne trawestacje prawdziwych wydarzeń i postaci. Okazuje się, że niektóre sceny akcji z powieści, rodem z filmu sensacyjnego, wydarzyły się naprawdę. Stanek uświadamia, gdzie w tej „poetyce antywesternu” naprawdę znajduje się środek ciężkości.
Koniec tej powieści to tak naprawdę początek wielkiej przygody. Jest to tetralogia. Czekają na mnie teraz „Szlak umrzyka (Dead Man’s Walk)”, „Księżyc Komańczów (Comanche Moon)” i „Ulice Laredo (Streets of Laredo)”. Wio!
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Rusza "Szekspir w parku" w Warszawie. 26 spektakli
Jak Stanley Kubrick kręcił Lśnienie? Nie od razu była to doceniona klasyka kina
Najlepsze horrory Grahama Mastertona w jednej książce?
O chodzi w filmie "Backrooms. Bez wyjścia"? A może nie chodzi o nic?
Obsesja to najlepszy horror o miłości w w 2026 roku. Tego sobie życzyłem
"Dzień Objawienia" ma świetny finał. Szkoda tylko, że aby go zobaczyć, trzeba wycierpieć 2 godziny…
This website uses cookies.