Edward Lee, Ludzie z Bagien, horror i literatura grozy
„Ludzie z bagien” to horror ekstremalny. Rozumiem, że literatura nie zawsze musi piękna. Nie w każdej powieści musi zachwycać bursztynowy świerzop tańczący wśród fal burzanów, ale Edward Lee przegiął pałę. Przegiął, połamał, wyrwał, zrobił nią sobie dobrze i rzucił mutantom na pożarcie. To jest tego typu horror, którego czytania będziecie się wstydzić jadąc tramwajem. Jack Ketchum wydawał cię mroczny, straszny i brutalny? Przy Edwardzie Lee jest jak sympatyczna przedszkolanka z koszyczkiem pełnym toffifee. Lepszej rekomendacji nie potrzebujesz? Oh, my sweet summer child…
Phil Straker, strudzony gliniarz po przejściach, wraca do rodzinnego miasteczka Crick City. Amerykańskie zapyziałe zadupie do kwadratu (o czym autor uparcie przypomina), gdzie centralnym punktem jest burdel z paniami wijącymi się wokół asortymentu hydraulicznego („mięso dla zboczków”). Nasz protagonista ma za zadanie rozpracować miejscową szajkę handlującą prochami. Przy okazji odkrywa, że jego dawna dziewczyna zmieniła profesję i handluje swoimi przymiotami płciowymi. Za mało problemów? Okolicą trzęsą Bagnowi, czyli zmutowana kazirodczo-kanibalistyczna społeczność z lasu. Dobra, nie oszukujemy się. Fabuła i wątek kryminalny to tylko pretekst to kolejnej rzezi, makabry i kopulacji z piekła rodem.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Nie znasz twórczości Edwarda Lee? Wyobraź sobie pierwszą randkę, na której ktoś zamiast się przedstawić od razu rozpina rozporek i wyciąga dziabonga. Lee tak właśnie pisze. Już na pierwszych stronach „Ludzi z bagien” dostajemy imponujący męski organ, miłość do bólu i kanibalizm. A dalej jest tylko mocniej, bo przecież zgodnie z zasadą Hitchcocka, zaczynasz od trzęsienia ziemi, a później napięcie ma rosnąć. Zdeformowane nierządnice, wkładanie przedmiotów we wszystkie otwory ciała (jeśli ich brakuje, robi się nowe), absurdalna przemoc, zjadanie męskich klejnotów, no i słowo „cyce” odmieniane przez wszystkie przypadki. Poznacie też takie słowa i zwroty jak np. „zakutasić”, „bryknąć wacka”. Dowiecie się, że można kogoś kochać od „zaplecza” tak mocno, że ekskrementy wystrzelą mu nosem. Do tego Bagnowi, ohydne wieśniaki, mówią swoim amerykańskim wieśniackim językiem, który w polskim tłumaczeniu brzmi jak śląska gwara.
Zdeformowana przez kazirodztwo nastoletnia niewolnica, obnażająca się przez napaleńcami w klubie to mało? Dziewczyna wyłamuje sobie nogi i robi sobie nimi dobrze. Szokujące? W Crick City to dzień jak każdy inny. Idziesz rano po kajzerki, po drodze jakiś gwałcik i tortury, może kreska prochów, mijasz obdarte ze skóry trupy, a później można spokojnie wypić pierwszą kawę.
Uwielbiam horrory, także te mocne i bez znieczulenia. Jednak deformacje w „Substancji” miały przesłanie. Jack Ketchum w swoich powieściach dla przemocy potrafił znaleźć usprawiedliwienie. Uczucie dyskomfortu miało cel. Edward Lee stosuje ekstremalną przemoc dla samej przemocy. Wyłamywane kończyny, bezkarnie katowane dziewczyny, brutalnie wymuszone zbliżenia. Szok dla szoku. Nic więcej. Gdy w epatowaniu okrucieństwem Jack Ketchum zachowywał pewną grację, Edward Lee jest po prostu topornym i ociężałym rębajłą. Potwornie upokarza swoich bohaterów, a także czytelnika.
„Ludzie z bagien” to samo zło? Jest w tej książce coś dobrego, czego można się złapać? Świat wykreowany przez Lee jest wysterylizowany z wszelkiego dobra, nadziei czy ciepła. To co pozytywne zostało zakopane głęboko pod stosem wychędożonych nieboszczyków. Cały świat wydaje się zdeformowany jak ludzie z Bagien i próbuje zdeformować ciebie. Jak przetrwać w tej przygnębiającej grotesce? Ja próbowałem się chwycić relacji Phil-Susan. To naprawdę niezła chemia, od kwasów po ciekawe związki i reakcje wybuchowe. Ta iskrząca relacja powinna być osią opowieści. Niestety, zamiast podtrzymywać damsko-męskie napięcie, Edward Lee szybko spłaszcza znajomość pary i kończy się na pospolitym grzmoceniu. I niestety, ta intrygująca relacja ginie w zalewie krwi, flaków i przemocy. Staje się tylko dodatkiem do sieczki, makabry, bezczeszczenia i krwawej łaźni. Gdyby to bagno osuszyć, kto wie, co jeszcze ciekawego byśmy odnaleźli. Kto wie, może byłby z tego thriller w stylu Graham Mastertona?
Jeśli lubicie horrory z kategorii „im gorsze tym lepsze”, przy których horrory klasy B są jak wizyta w filharmonii tfu jego mać, przeczytajcie „Ludzi z bagien”. Jeśli marzy wam się „Cannibal Holocaust” w wersji ero, będziecie ślinić się z ukontentowania. Jeśli rajcuje was ekstremalna przemoc, to książka dla was. Nie kupuję natomiast często powtarzanych rekomendacji, że „Ludzie z bagien” to powieść dla czytelników, którzy lubią przekraczanie granic. To literatura dla osób, które już dawno przekroczyły wszelkie granice. A może jeśli podobają ci się „Ludzie z bagien”, to sygnał ostrzegawczy, że zabrnęło się za daleko i czas wrócić?
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Vega nakręcił najlepszą komedię w karierze.
"Atlas zbuntowany" to ciężka książka. Raczej nie dla osób, które zasypiają podczas czytania, bo jeśli…
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu" - film, który daje dużo dobrej zabawy. This is the…
Desert Warrior to najgorszy film 2026?
Gwiezdne Wojny wracają do kin. Premiera filmu "The Mandalorian and Grogu" odbędzie się już 22…
Daredevil traci widzów na Disney+. Marvel anuluje kolejne sezony serialu?
This website uses cookies.