Miłość i śmierć - nowy serial HBO MAX to świetne połączenie romansu i tru crime. Elizabeth Olsen ratuje odcinki?
„Miłość i śmierć” to historia prawdziwej zbrodni z latach 80. i pieczołowita adaptacja reportażu Jima Atkinsona „Bardzo spokojna okolica. Zbrodnia w Teksasie”. Każdy dzień w miasteczku Wylie jest nudny do bólu. Prowincjonalna i pruderyjna społeczność skupiona wokół metodystycznego kościoła, praca, plotki, gotowanie i znużona banałem kura domowa. 30-letnia Candy Montgomery i dwa lata starszy Allan Gore decydują się na romans. Niezobowiązujący związek okazuje się jednak śmiertelną pułapką. Kogoś czeka bliskie spotkanie z siekierą.
„Miłość i śmierć” to zupełne inne true crime niż np. patogenny „Dahmer” Netflixa. Nie ma epatowania zbrodnią i popkulturowego oswajania potworów. Jest za to śledzenie drogi do zbrodni i powolne budowanie relacji między bohaterami. Jest oczekiwanie kiedy sielankę trafi szlag.
Produkcję charakteryzuje dbałość o szczegóły i wierność faktom. Realia lat 80. oddano z subtelnością, której niestety trudno szukać w polskim kinie. U nas nadal króluje doklejony wąs i wygrzebany z muzeum Polonez.
HBO Max wybrało też idealnie także duet twórczy. Za scenariusz „Miłość i śmierć” odpowiada David E. Kelley, autor takich hitów telewizyjnych jak „Małe wielkie kłamstewka” i „Od nowa”. Reżyserka i producentka wykonawcza to Lesli Linka Glatter. Pracowała m.in. przy kultowym „Miasteczku Twin Peaks”, „Mad Men”, „Pozostawionych”, „Homeland”, „The Morning Show”. Wyraźnie wyczuwalny jest klimat tych produkcji.
Czy „Miłość i śmierć” to w ogóle porywająca historia? Romans, morderstwo, rozprawa sądowa. W obecnych czasach niewiele osób to porusza, bo zbrodnia spowszedniała. Mamy przecież Dahmera, mord w Chodzieży, Breivika, Jacka Jaworka, Fritzla, a mama Madzi jeździła w bikini na koniu. Niedawno pewien pijany Rosjan zjadł nawet zamordowanemu sąsiadowi pośladki, a jego pobratymcy robili z ludzi weki na zimę i przyrządzali głowy w pomarańczach. Niepozorna Candy Montgomery z siekierą ma sporą konkurencję. Co więc sprawia, że od serialu „Miłość i śmierć” nie można się oderwać i nie jest to jedynie kolejna zbrodnia przewałkowana przez popkulturę?
Historię na wyższy poziom wznosi Elizabeth Olsen. Jest diabelnie magnetyzująca i nie do końca wyszła z roli po „WandaVision”. Chwała twórcom za to, że mogąc przebierać w seksownych amantach, wybrali do roli Gore’a otyłego i mrukowatego Jessego Plemonsa. Tworzy z Olsen wyjątkowo wiarygodną parę kochanków. Bez ich charyzmy i toksycznej chemii ten serial mógłby mieć spory problem.
HBO Max znowu zdeklasowało konkurencję niepozorną historią. Bez fajerwerków, szokowania i brutalnego łamania tabu. Tak jak w przypadku „The last of us”, minimalizm dał maksimum efektu.
Chcesz więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram.
Ghost Rider, Czarna Pantera, Deadpool - Marvel ujawnia plany na nowe filmu MCU
Nowa Odyseja. Elon Musk użyje Groka, by "naprawić błędy Nolana"
Gdy kamera przestaje widzieć człowieka, żaden Imax nie pomoże
"Na południe od Brazos" to kowbojskie "Jądro Ciemności"?
Rusza "Szekspir w parku" w Warszawie. 26 spektakli
Jak Stanley Kubrick kręcił Lśnienie? Nie od razu była to doceniona klasyka kina
This website uses cookies.