Graham Masterton, Muzyka z zaświatów, recenzja książki, horror
Brak krwawej jatki, ostrej kopulacji i nieustannego szoku obnaża pisarza do kości – to jak kreuje świat, bohaterów, panuje nad tempem i rytmem historii. Niczym gitarzysta, któremu wyłączy się przester, albo perkusista, któremu w uchu przestaje stukać metronom. Czy umiesz utrzymać uwagę odbiorcy? Co kryło się do tej pory za ścianą dźwięku? „Muzyka z zaświatów” (Ghost Music, 2008) jest gołą kompozycją, która brutalnie weryfikuje różnicę między artystą a rzemieślnikiem. Graham Masterton niepotrzebnie zaryzykował?
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Gideon Lake komponuje muzykę do reklam. Gdy wprowadza się do apartamentu w Nowym Jorku, szybko wdaje się w romans z żonatą sąsiadką Kate. Femme fatale dostrzega w nim kogoś więcej, niż tylko twórcę dżingli i wikła go w pewną intrygę. Oplata go kolejnymi tajemnicami, nakłania do kolejnych podróży (Sztokholm, Londyn, Wenecja) i przekonuje, by poznawał kolejne rodziny, które nie zachowują się do końca normalnie. Gideon widzi ich w różnych wersjach, raz są żywi i jedzą z nim kolację, by po chwili ukazywali mu się w makabrycznej wersji, np. utopieni, płonący żywcem albo zmasakrowani. O co chodzi? Dlaczego tylko Gideon to wszystko widzi i słyszy? Ja niestety już wiem…
Tym razem najbardziej szokujące jest to, że Graham Masterton nie szokuje. „Muzyka z zaświatów” to oczywiście horror, ale bliżej mu do kryminału z wątkiem romansowym. Chociaż Masterton jest mistrzem grozy, tym razem nie oczekujcie porażającego strachu i groteskowych scen mordu. Nie wyczekujcie kolejnego starożytnego demona ani porwanego dziecka w rezydencji na wrzosowiskach. Nie oczekujcie brutalnych scen „miłosnych” jak w powieści „Dom stu szeptów” ani makabrycznych śmierci jak w „Duchu ognia”, od których opisów żołądek wywraca się na lewą stronę.
Skoro to kompozycja Mastertona, to oczywiście muszą się w niej znaleźć obowiązkowe dla niego elementy: historia o duchach, sceny jedzenia, sceny seksu (tym razem subtelniejsze), nawiedzone budynki i tajemnicza piękność. Tradycyjnie u Mastertona jest protagonista, który rozumem nie grzeszy. Nie dziwi go, gdy jego kochanka zdobywa szczyty rozkoszy, a w domu pękają lustra i szklanki. Ty natychmiast orientujesz się, że Gideon widzi duchy (sam tytuł jest spoilerem aż strach…), ale on potrzebuje całej powieści, by to wydedukować.
Nikogo, kto czyta powieści Grahama Mastertona, nie dziwi już protagonista podejmujący idiotyczne decyzje, ale są one potrzebne, by fabuła mknęła dalej. Problem w tym, że Masterton zaczyna traktować czytelnika tak jak traktuje głównego bohatera…
Graham Masterton ze szczególnym nabożeństwem podszedł do rozdziałów dziejących się w Sztokholmie. Ma do szwedzkiej stolicy sentyment, bo w latach siedemdziesiątych pracował tam dla pisma dla dorosłych Private. To właśnie wspomnienia ze Sztokholmu, po którym spacerował z żoną Wieśką, zainspirowały go do napisania powieści „Muzyka z zaświatów”.
Pomysł na GHOST MUSIC naszedł mnie we śnie. Dzień wcześniej przyjaciel powiedział mi, że jego córka pracuje obecnie w Szwecji i śniło mi się, że byłem znowu w Sztokholmie. Wiescka i ja kochaliśmy Sztokholm. Zwykliśmy spacerować wybrzeżem, delektowaliśmy się widokiem czystej wody, a powietrze było tak chłodne i świeże, że mogłeś pokroić je nożem. Gdy się zbudziłem zdałem sobie sprawę z faktu, że nasze życie w Sztokholmie pozostawiło rezonans w moim umyśle, tak jak jakaś melodia, która utkwi w mózgu i nie możesz przestać jej nucić. Zacząłem się zastanawiać, co by było, gdybyśmy powrócili tam dziś po trzydziestu latach i zobaczyli nas samych… młodszych, siedzących przy jednej z kafejek, lub spacerujących wzdłuż Skeppsbron w porcie. Tak się narodził właśnie pomysł na GHOST MUSIC. Opowiada historię muzyka, którego wrażliwość na permanentny rezonans muzyki czyni go równie wrażliwym na odwieczny rezonans ludzkich żyć. Mówi także o tym, w jaki sposób owe rezonujące życia poprowadziły go wzdłuż tnącej jak brzytwa zawieruchy romansu, gniewu, sadystycznego mordu i ostatecznej zemsty
Graham Masterton o powieści „Muzyka z zaświatów” (grahammasterton.pl)
Kim naprawdę jest Victor i co ma na sumieniu? Jaką rolę w tej historii naprawdę pełni Kate? Dlaczego akurat Gideon doświadcza tych wszystkich strasznych wizji? „Muzyka z zaświatów” to jedna z najlepszych tajemnic w powieściach Mastertona. A przynajmniej na takową zapowiada się na początku. Mistrz trzyma rozwiązanie zagadki pod kluczem do samego końca. Nie za długo? Przygotujcie się na 300 stron mówienia półsłówkami i zagadkami. Biedny Gideon, zaćmiony chucią, błaga Kate, by powiedział mu co chodzi, dlaczego znowu wysyła go do Europy, dlaczego znowu widzi zgony – i za każdym razem słyszy „nie mogę jeszcze ci powiedzieć”, „poczekaj jeszcze kilka dni” i „zaufaj mi”. A Gideon, cóż, ufa i czeka, a my przerzucamy kolejne strony i czekamy razem z nim.
Granica między oczekiwaniem, a irytacją bywa cienka. Niestety, tajemnice okazują się niejednokrotnie po prostu nieścisłościami.
Powieść ma 340 stron, więc na rozwiązanie zagadki i finałowe starcie zostaje raptem 10-20 stron. I niestety, tak jak w przypadku powieści „Wybryk czasu”, autora najwyraźniej gonił upiór zwany deadlinem. O epilogu – lub jakiejkolwiek przestrzeni, by tak historia złapała oddech i wybrzmiała – nie ma mowy. O tym, by rozwinąć szemrane postacie Victora i jego cyngla Jacka, nie ma mowy, a o tych draniach zdecydowanie chciałbym przeczytać kilka rozdziałów więcej. Zdecydowanie chciałbym lepiej poznać staruszkę Pearl, która twierdzi, że jej akty maluje zmarły mąż. Ale zamiast tego musiałem śledzić Gideona, z którego Kate i Masterton robią wariata.
Czy rozwiązanie zagadki jest w stanie wynagrodzić tak długie oczekiwanie? Zdanie będą podzielone. Najgorsze jednak, że w finale okazuje się, że w sumie nasz główny bohater nie był za bardzo w tej historii potrzebny. I okazuje się, że tak naprawdę Kate mogła wyjawić Gideonowi prawdę na samym początku, a nie ciągnąć go kilka razy do Europy.
Sztokholm, Londyn, Wenecja – tak naprawdę wydarzenia w tych trzech lokacjach są powtarzalne. Zmienia się jedynie wariant zgonów. Graham Masterton spokojnie mógł więc zostawić jedynie np. swój ukochany Sztokholm i skrócić powieść do formy opowiadania/noweli.
„Muzyka z zaświatów” to powieść z ogromnym potencjałem. Podobnie jak chociażby wspomniany „Wybryk czasu”, ten potencjał nie został wykorzystany. Zamiast tego dostajemy historię szybką, wciągającą, ale okrojoną do niezbędnego minimum. To prosta i skuteczna rozrywka, w sam raz na podróż pociągiem, by czytać ją w drodze do pracy w tramwaju lub po prostu po ciężkim dniu, gdy mózg mówi „dość”. Czekasz na żonę, która przymiera kolejną sukienkę albo parę butów w galerii handlowej? „Muzyka z zaświatów” jest idealna dla zabicia czasu.
Jeśli właśnie Stephen King cię wyżął i wymiętolił albo przetrwałeś zmagania z „Atlasem Zbuntowanym”, powieść Grahama Mastertona zawsze sprawdza się niczym cudowny środek na kaca. Pisze przewidywalnie, prosto i dosadnie, oferując nam wciągającą powieść z dreszczykiem, w sam raz na 2-3 wieczory. I chyba wszyscy sięgamy po jego twórczość, bo tego właśnie oczekujemy. I tak to już jest z Mastertonem, że znowu narzekam, ale właśnie zamówiłem jego kolejne dwie powieści.
Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram
Agnieszka Holland o serialu "Lalka". Problemem są polscy widzowie"
Król Smutek czyli Stephen King 2.0? Joe Hill opublikował swoją najlepiej napisaną książkę, ale czy…
Serial Spider-Noir, czyli prawie Spider-Man, nie dostanie drugiego sezonu. Zaskakująca decyzja Prime Video?
Aktorski remake filmu "Vaiana" - premiera na streamingu i finansowa klapa Disneya
Rosja jego mać. Powieść "Post" (dylogia OUTPOST 1 & 2) to jeden z najbardziej antyrosyjskich…
Zwiastuny sugerują zupełnie inny film, niż ten który zobaczycie w kinie.
This website uses cookies.