CLAYFACE, recenzja filmu

Clayface – bohater z innej gliny? [recenzja filmu]

Read Time:4 Minute, 19 Second

„Nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem” – powiedział bohater filmu „Rejs”. Tymczasem Matt Hagen z filmu „Clayface” udowadnia, że możesz być kim chcesz. Będzie to jednak miało makabryczne konsekwencje.

Matt Hagen (w tej roli Tom Rhys Harries) jest aktorem, który wdrapał się na szczyt. Jest królem życia, leci coraz wyżej, ale zapomina, że rolą Ikarów jest przykładnie i efektownie spadać. Jeden błąd, jedna noc z dziewczyną gangstera Szabo (David Dencik), a bajka zmienia się w horror. Bandyci nożami odbierają mu to, co ma najcenniejszego – twarz. Branża filmowa, dla której stał się wybrakowanym towarem, wyrzuca go na śmietnik. Oszpecony gwiazdor, porzucony i oszukany przez wszystkich, desperacko szuka ratunku w eksperymentalnej terapii. Jak to w takich filmach bywa, eksperyment tylko na początku idzie zgodnie z planem. Matt Hagen staje się zmiennokształtnym monstrum, jednak największa zmiana zachodzi głęboko wewnątrz.

Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram

recenzja filmu Clayface
recenzja filmu Clayface

Clayface boli jak Joker?

„Clayface” to aktorski debiut klasycznego złoczyńcy z uniwersum Batmana. O nie, kolejne origin story? Spokojnie, „Clayface” nie jest papką jak genezy komiksowych złoczyńców plugawione przez Sony. To body horror, którego akcja rozgrywa się w batmanowskim Gotham (w tej roli Liverpool). Nie jest obrzydliwy jak „Substancja”, ale i tak obfituje w sceny wywracające żołądek na lewą stronę. Odcinany nos, szlachtowana po wielokroć twarz, zasklepiające się powieki rozcinane nożyczkami. Nie jest to jednak szok wyłącznie dla szoku. Reżyser James Watkins nie zapomniał, że najważniejsza w filmie jest historia. Fundamentem jest protagonista z krwi i kości. I oczywiście z gliny.

Nie znoszę horrorów, które polegają na mechanicznym straszeniu. Zdecydowanie bardziej cenię produkcje grozy, które mają w sobie emocjonalną głębię i duszę. To było coś, co za wszelką cenę chciałem osiągnąć na samym końcu

powiedział James Watkins. (IGN.cOM)

Tak jak w „Jokerze” Todda Phillipsa, u Watkinsa przekonujemy się jak niewiele trzeba, by ktoś ulepiony z tej samej gliny co my, ten dobry chłopak co mało pił, stał się potworem. Krzywdzeni, doświadczający niesprawiedliwości i bezsilności ze strony systemu, zaliczający kolejne upadki… ile dzieli każdego z nas od uwolnienia wewnętrznego socjopaty? Jak często trzymacie gniew w ryzach niczym bestię na smyczy? Tak jak w „Jokerze”, tak i w filmie „Clayface” najtrudniejsza nie jest walka z facetami w pelerynach, ale wojna z samym sobą. To od nas zależy, jaki w wyniku tych batalii człowiek zostanie ulepiony.

„Clayface” to również historia świetnie opowiedziana wizualnie. Klimat Gotham jest tak gęsty, że można go kroić nożem. Rewelacyjne oświetlenie staje się elementem emocjonalnej narracji. Niektóre kadry wyglądają jak z makabrycznych obrazów, np. zdeformowany Matt Hagen w wannie.

scena z filmu Clayface
scena z filmu Clayface

Antybohater na swoim

„Clayface” robi to, czym kiedyś zasłynęły filmy Marvela, a co zatraciły. Wielkie produkcje MCU to ostatnio kolosy na glinianych nogach, które gdy zabierze im się podporę uniwersum, po prostu runą. „Clayface” radzi sobie sam. Bez Batmana, easter eggów, nawiązań do innych produkcji, betonowych butów franczyzy – to po prostu dobry film. Dobrze opowiedziana historia, która działa samodzielnie tak jak „Joker” czy serialowy „Pingwin”.

Zamiast kurczowo trzymać się komiksowego uniwersum DC i filmów DCU, Watkins inspiruje się „Muchą” Cronenberga i filmem „Oczy bez twarzy” z 1960 roku. Można doszukiwać się nawet źródeł filmowego Clayface’a w powieści „Frankenstein” Mary Shelley i w greckim micie o zmieniającym kształt Proteuszu. Analizując relację Matta Hagena z ratującą go panią naukowiec znajdziemy motywy znane z „Pięknej i Bestii” oraz „Upiora w operze”. Im dalej od DC i DCU tym lepiej. Bohaterowi, który stracił twarz, jest – nomen omen – do twarzy bez Batmana.

Clayface, scena z filmu
Clayface, scena z filmu

Puść pan ten hamulec, panie Watkins!

Nie jest to oczywiście film bez wad. Mimo większej brutalności niż „Joker” i „Pingwin”, nie uderza aż tak mocno i nie zostawia po seansie z weltschmerzem. Twórcy ukazując przemianę Matta kilka razy za bardzo poszli na skróty, a jego decyzja w finale jest niczym nieuzasadniona. Motyw śledztwa i policjanta (Max Minghella) depczącego Mattowi po piętach okrojono do zbędnego minimum.

Film w pewnym momencie, zamiast studium obłędu jak to było w przypadku Arthura Flecka, staje się przewidywalnym kinem zemsty. Nie ma co już doszukiwać się odniesień do „Metamorfoz” Owidiusza albo szukać inspiracji w mrokach gotyku. Po prostu bandziory dostają zasłużony wpie***l. Owszem, taka nasza natura, że lubimy patrzeć jak ktoś spuszcza złym gościom manto, bo sami nie mamy takich możliwości, ale oczekiwałem jednak więcej niż mordobicie w dyskotece. Od takich akcji mamy Jasona Stathama.

Jeśli ktoś z was miał kiedyś wzmacniacz gitarowy to zna tę diaboliczną myśl brzęczącą w głowie: „a co się stanie, gdy rozkręcę głośność na 10/10?” Niestety, Watkins nie rozkręcił wzmacniacza na maksa, a „Clayface” aż się prosił by nawet spróbować wyjść poza skalę i wykręcić na wzmacniaczu mityczną jedenastkę. By puścić hamulce, prowokować, zajrzeć głębiej w mrok i przekraczać kolejne granice. By James Watkins przeorał naszą psychikę niczym pługiem. By był to po prostu body horror jaki nam obiecano.

Ale i tak Watkins wyszedł jednak ze starcia z Clayfacem z twarzą. Film jest świetną rozrywką i nie pozwala oderwać oczu od ekranu. I to nawet, gdy dzieją się rzeczy straszne.

Oby tylko nie powstała druga część „Clayface’a”, w której będzie śpiewał z Lady Gagą…

film Clayface
film Clayface

Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram

About Post Author

Pan Od Kultury - Wojciech Kozicki

Miłośnik dobrych historii, gitarzysta, fan "Misia" i starych komiksów