Dzień Objawienia, recenzja filmu

Dzień objawienia [recenzja filmu]. Tak kłamie Steven Spielberg

Read Time:5 Minute, 18 Second

Zacznijmy od końca. „Dzień objawienia” ma świetny finał. Pełen emocji, grający na czułych strunach, spielbergowski do kwadratu. Szkoda tylko, że aby go zobaczyć, trzeba wycierpieć 2 godziny strasznego filmu. A może nawet „Strasznego Filmu”?

Epilog filmu „Dzień Objawienia” spełnił swoje zadanie i oczekiwania. To idealnie wyważona dawka niepokoju, nadziei, wzruszenia i ulgi. Stawia pytanie, które zostanie z tobą po seansie. Coś się w człowieku zaciska. Coś się elektryzuje, gdy czarodziej John Williams odprawia rzuca muzyczne zaklęcia i wreszcie udaje mu się dopasować soundtrack do klimatu filmu (o tym za chwilę). Sam Steven Spielberg na magiczny moment znowu staje się marzycielem za kamerą. Niestety, mam wrażenie, że Spielberg tak naprawdę chciał nakręcić tylko ten wyśmienity finał. Miał w głowie tych kilka scen i musiał przelać je na taśmę filmową, bo inaczej chłopina by się udusił. Niestety, trzeba było dorobić do nich dwugodzinny film.

Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram

Dzień objawienia, recenzja filmu Spielberga
Dzień objawienia, recenzja filmu Spielberga

Dzień objawienia czyli straszny slapstick

Fabuła „Dnia objawienia”, wbrew pozornym zawiłościom, jest prosta do bólu. Ot takie przyziemne science fiction z zagadką. Przez kilkadziesiąt lat rząd USA ukrywał kontakty z kosmitami, przeprowadzał eksperymenty na ufoludkach, a ludzi szukających prawdy ośmieszał i zarzucał im fiksum dyrdum. Kilka osób ma jednak dość wciskania im na głowę foliowych czapeczek. Mają dyski z tajnym archiwum oraz pewien kosmiczny gadżet, więc postanawiają ujawnić dowody na istnienie pozaziemskich przybyszów. „Faceci w czerni” oczywiście nie mogą na to pozwolić. Prawda o UFO mogłaby przecież tak wstrząsnąć światem, że wielu bogatych ważniaków pospadałoby ze stołków. Rozpoczyna się więc pościg za zbuntowanym hakerem, pogodynką i ich towarzyszami. Nie dajcie się jednak nabrać Spielbergowi, że są ważni dla tej historii.

Nie licz na objawienie i godnego spadkobiercę „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” z 1977 roku. Przykro mi, ale zanim doczekasz świetnego finału, musisz naprawdę sporo wytrzymać. Spielberg nie ma litości dla inteligencji widza. Dostaniesz m.in. najgłupsze chowanie się za płotem w historii kina, ohydne zwierzęta zrobione w CGI oraz durną scenę wskakiwania na jadący pociąg. Jeden z bohaterów jest ścigany przez złoli przez kilkadziesiąt minut filmu, łapią go i od razu wypuszczają pod byle jakim pretekstem… by znowu go gonić! Do tego złowroga organizacja Wardex, uzbrojona po zęby i dysponująca zaawansowaną technologią, to ciamajdy niemiłosierne, a sceny pościgów są żywcem wyjęte z „The Benny Hill Show” i „Nagiej Broni”. Komandosi-agenci-zabijaki szczególny popis niezdarności dają uganiając się za niewidzialnymi zbiegami. Slapstick aż strach.

Dzień Objawienia, recenzja nowego filmu Spielberga
Dzień Objawienia, recenzja nowego filmu Spielberga

Steven Spielberg przez dwie godziny bezczelnie chadza na skróty i serwuje kliszę za kliszą. Jest wymykający się logice MacGuffin, co do którego mocy reżyser wyraźnie nie może się zdecydować. Antagonista (Colin Firth) to sztampa aż zęby trzeszczą. Gdy główna bohaterka przeżywa coś wewnętrznie, podkreśla to wiatr rozwiewający jej włosy. Gdy trzeba doprowadzić do pierwszego spotkania bohaterów, ale nie da się tego logicznie uzasadnić, wystarczy wspomnieć o tajemnej mocy, przeczuciu i przeznaczeniu. Wicie, rozumicie, nie drążcie. Do tego neurotyczna Emily Blunt w większości scen jest jak swędzące miejsce na plecach, którego nie możesz dosięgnąć, by się podrapać. Bardziej wierzę jej podczas sceny w wagonie, gdy dostaje ataku histerii, niż w scenach, gdy niespodziewanie objawiają się u niej zdolności godne rycerzy jedi.

Benny Hill Zaginionej Arki z Archiwum X

Steven Spielberg wielkim twórcą jest, to fakt niepodważalny. „E.T.”, „Park Jurajski”, „Szczęki” czy „Szeregowiec Ryan”. Lista filmów Spielberga, głównie produkcji kultowych, jest fundamentem hollywoodzkiej Fabryki Snów. Mistrz w „Dniu Objawienia” nie mógł się jednak zdecydować jaki chce nakręcić film. To trochę taki syndrom Nataszy Urbańskiej, która śpiewa, tańczy, aktorzy, ale momentami chyba nie wie, co tak naprawdę chce robić. Niezdecydowany Spielberg pokazał więc wszystkie swoje oblicza i sztuczki. Efekt? Spielberg kaznodzieja i Spielberg prestidigitator zaciekle przez 2 godziny walczą o fotel reżysera. Mieszają się w „Dniu objawienia” science fiction, niby-horror w stylu Archiwum X, thriller szpiegowski oraz political fiction z geopolitycznymi napięciami w tle. Jest vibe „E.T”, „Poszukiwaczy zaginionej Arki” i „Spotkań trzeciego stopnia”. W ten sposób moralno-religijne gadki o bogu i wszechświecie przelatane są głupiutkimi scenami akcji, w których aż dziwne, że nie pojawił się Indiana Jones. Szczególnie w momentach dramatycznych wychodzi z tego niezła komedia.

Dzień Objawienia - muzyka stara się nadążyć za filmem, który nie wie jaki jest
Dzień Objawienia – muzyka stara się nadążyć za filmem, który nie wie jaki jest

Temu bigosowi nie podołał nawet John Williams. Jak dopasować muzykę do filmu, którego ton zmienia się jak w kalejdoskopie? Mistrz dogonił wizję Spielberga dopiero w finale.

Cel Spielberga wydaje się jasny. W wywiadach podkreśla, iż „Dzień Objawienia”, to nie żadne science fiction, ale prawda, bo on naprawdę wierzy, że rząd ukrywa prawdę o UFO. Zapewne liczył, że rozgorzeje dyskusja. Że społeczeństwo zacznie łączyć kropki. Że rozbudzi od lat tkwiące w nas wątpliwości, lęki i niepewności. By swój najnowszy film „urealnić”, powtykał weń popkulturowe symbole i elementy teorii spiskowych jak np. kręgi w zbożu (pojawiają się w absurdalny sposób, byle były), eksperymenty na kosmitach czy rozbicie się UFO w Roswell. Pewnie wierzył, że najlepszym marketingiem filmu będzie masowo rozbudzony niepokój w narodzie. Pomysł był dobry, ale sam świetny finał filmu to za mało, by zainicjować taki ferment.

Zwiastun filmu "Dzień Objawienia" pokazuje film, którego nie ma
Zwiastun filmu „Dzień Objawienia” pokazuje film, którego nie ma

Prędzej uwierzę w UFO niż w zwiastun „Dnia Objawienia”

„Dzień objawienia” to przykład jak kłamie się zwiastunem. Pewnie miałeś ciarki oglądając trailer, prawda? Podczas seansu w kinie poczujesz jedynie ciarki żenady. Pewnie oczekujesz, że Spielberg kaznodzieja, tak jak obiecał, będzie ci zadawał ważne pytania. Owszem, zada, ale tylko jedno, i to dopiero w finale (i nie da k*** odpowiedzi!). Niestety, zwiastuny „Dnia Objawienia” pokazują film, którego nie ma.

Finał „Dnia Objawienia” jest świetny. Cała reszta to tylko dodatki, które Spielberga nie obchodzą. Liczy się tylko ten cholerny finał. Reżysera nie obchodzą nawet bohaterowie o których nic nie wiemy i są jak manekiny poruszające się po planie filmowym. Chrzanić też dialogi, mogą brzmieć jakby pisał je Tommy Wiseau. Niech aktorzy kłapią dziobami, mówią cokolwiek, byle do finału. Spielberga nie obchodzi również, że w najbardziej dramatycznych momentach popada w parodię przypominającą „Straszny film 3”. Mimo kosmitów, globalnego spisku i III wojny światowej wiszącej na włosku, brakuje jakiegokolwiek napięcia, ale kto by się tym przejmował mając w planie tak dobry finał filmu. A najbardziej w tym wszystkim Spielberga nie obchodzi widz. Chciał po prostu nakręcić TEN FINAŁ.

Gdyby skrócić „Dzień objawienia” o dwie godziny, to byłby naprawdę dobry film.

DZIEŃ OBJAWIENIA, ZWIASTUN:

Więcej kultury? Pan Od Kultury zaprasza na Facebooka i Instagram

About Post Author

Pan Od Kultury - Wojciech Kozicki

Miłośnik dobrych historii, gitarzysta, fan "Misia" i starych komiksów